fbpx
Życie

Jak taka ciamajda jak ja zaczęła biegać – krótka historia początkującego biegacza

Właściwie to sama nie wiem, jak taka ciamajda jak ja mogła zacząć biegać. Nie oszukujmy się, tytanem aktywności fizycznej to ja nie jestem! Wystarczy na mnie spojrzeć. Można zaryzykować stwierdzenie, że sportem to ja się po prostu brzydzę. Te wszystkie fitnesy, pilatesy, bieżnie i orbitreki nie są dla mnie. Fakt, siedzenie na dupie w korpo mobilizowało mnie jednak kilka razy w roku. Wszak opłacałam co miesiąc moją kartę z Multisportu, trzeba było przynajmniej od czasu do czasu z niej skorzystać. Raz w miesiącu wbijałam się w strój i w pocie czoła walczyłam na siłowni. Nie było źle. Czemu więc wpadłam na taki genialny pomysł i zaczęłam biegać?

Janusz sportu od podstawówki

Nie wiem i wciąż zadaję sobie to pytanie. Januszem sportu byłam już w podstawówce. O ile rzuty do kosza i serwowanie wychodziły mi całkiem nieźle, to bieganie… dramat. Byłam jedną z tych, z którą nikt nie chciał biec w parze na czas. Nie od dziś wiadomo, że lepiej wybierać sobie lepszego zawodnika od siebie, wtedy go gonisz i masz lepszy wynik. Także tego…

Tańczyłam, grałam w gry zespołowe, ale biegi tylko na 100 i 200 metrów. Co więcej – z dłuższych dystansów miałam po prostu zwolnienie. Wszystkiemu winny był mój żołądek i jego wesoła przypadłość – refluks. Jedna z nauczycielek wuefu postanowiła kiedyś w praktyce sprawdzić, czy rzeczywiście jest ze mną tak źle. Skończyło się rzyganiem pod drzewem.

Nie lubiłam biegać i nawet za bardzo nie mogłam. Ciamajdą byłam więc od zawsze. Co się w takim razie zmieniło i czemu jednak zaczęłam biegać?

Matczyny niedoczas

Chyba wszystko przez ten matczyny niedoczas. Praca na etacie, dwójka małych dzieci i dom, to sporo. Gdzie w tym wszystkim miałam zmieścić jeszcze siłownię? Czasami udawało mi się zdążyć w godzinach otwarcia, ale w domu byłam o 22 i zwyczajnie padałam na twarz. Chodziłam więc bardzo nieregularnie, a za kartę musiałam płacić. Sama stwierdzisz, że nie jest zbyt ekonomiczne rozwiązanie.

Tymczasem dupa rosła i rosła, a ja szukałam pomysłu, jak temu zapobiec. Starałam się zdrowo jeść, ale to nie wystarczało. Mam problem z tarczycą, od 7 lat każdy dzień zaczynam od magicznej pigułki. Niedoczynność tarczycy to takie cholerstwo, że czasami tyję z powietrza. Zaczyna się gorszy okres i mimo usilnych starań, ja wciąż puchnę. No można się zdemotywować, prawda?

W mojej głowie od dawna kołatała się myśl o bieganiu, ale mając na względzie moje zamiłowanie do aktywności fizycznej, bardzo szybko ją tłumiłam. Wszyscy dookoła zaczynali biegać, jarali się maratonami i wrzucali na FB swoje wyniki. No i… namówili.

Pierwsze bieganie pamiętam doskonale. Myślałam, że wypluję płuca po 200 metrach. Nie było fajerwerków i dumy, były zakwasy i nienawiść. Nie poddałam się jednak i postanowiłam próbować dalej. Bo kto jak nie ja?! Zaczęłam jeszcze raz, ale najpierw przygotowałam się do tegoż wyzwania. Przeczytałam kilkanaście artykułów, obejrzałam wiele filmów i kupiłam dobre buty do biegania. Wystartowałam. Pierwsze 2km ciągiem to było coś! Wydarzenie na skalę światową! No, a potem… skręciłam nogę. W metrze, schodząc ze schodów…

Na pół roku miałam z głowy. Ale potem wróciłam i nie wiem jakim cudem, ale osiągałam nawet 7km. Miłość do biegania była gorąca, ale szybko się wypaliła. I znowu miałam półroczną przerwę. Do biegania wróciłam jakiś czas temu, idzie mi nie najgorzej. Przebiegam 4-5km. Ja tam jestem z siebie dumna, bo dla takiej ciamajdy jak ja, to świetny wynik. Nie, nie będę biegać maratonów. Jeśli kiedyś uda mi się przebiec 10km, to otworzę szampana.

Plusy biegania moim okiem

Oprócz tego, że bieganie pomaga zrzucić kilka kilogramów i ma pozytywny wpływ dla zdrowia (tak się przynajmniej mówi, pomijam wszelkie sportowe kontuzje), to ma jeszcze kilka głównych plusów.

Po pierwsze – możesz biegać o każdej porze dnia i nocy. Po prostu wychodzisz, gdy masz wolne 15 czy 30 minut i działasz. Nie jesteś ograniczona godzinami funkcjonowania siłowni. Możesz też biegać wszędzie, nawet po osiedlu. Oczywiście najzdrowiej po lesie, ale dobre buty pomogą zniwelować negatywne skutki twardej nawierzchni.

I tu płynnie przechodzimy do punktu drugiego – nie jest to drogi sport. Taaak, wiem – wytrawni biegacze się z tym nie zgodzą, ale ja mam na myśli tych na początku swojej drogi. Zakładasz leginsy, koszulkę, jakiś stanik sportowy – prawdopodobnie masz to wszystko w szafie. Radzę Ci jednak zainwestować w dobre buty – stawy Ci za to podziękują.

Po trzecie – możesz wyglądać jak kupa, nikt nie zwróci na to uwagi. Nie musisz się malować, możesz spleść włosy w kitkę, a wałek wylewający się ze spodni nie zrobi na nikim większego wrażenia. Nie będziesz czuła się obserwowana przez zgrabne kobiety, ubrane w strój z najnowszej kolekcji i umięśnionych facetów, na których koszulki pękają w szwach.

Czwarty plus to duma. Z tego, że dałaś radę przebiec kilka kilometrów, że zrobiłaś coś dla siebie. Poczucie sprawczości. Dla mnie – bardzo ważny argument 🙂

Skoro ja biegam, to każdy da radę!

Skoro ja, ciamajda, biegam, to uwierz, że Ty też możesz! Jeśli próbowałaś i serio nie lubisz, nie umiesz i masz to daleko w… gdzieś, to rozumiem. Ale jeśli chociaż przez chwilkę zastanawiałaś się nad bieganiem, to spróbuj. Może okaże się, że jesteś w tym całkiem niezła i daje Ci to pozytywne emocje. Ja polubiłam całe to bieganie i daje mi ono niesamowitą satysfakcję.

Jeśli potrzebujesz wsparcia mentalnego, albo kogoś, kto będzie Cię motywował – możesz na mnie liczyć!

Leave a Response